Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Orient Express - blog Agnieszki Zagner o Bliskim Wschodzie Orient Express - blog Agnieszki Zagner o Bliskim Wschodzie Orient Express - blog Agnieszki Zagner o Bliskim Wschodzie

17.03.2015
wtorek

Bużi czy Bibi

17 marca 2015, wtorek,

Dziś w Izraelu wybory parlamentarne i wszyscy zadają sobie to samo pytanie: czy Benjamin (Bibi) Netanjahu wciąż będzie premierem?

To, co dzieje się na izraelskiej scenie politycznej, to już prawdziwa demolka. W dużej części spowodowana przez samego Netanjahu, który nigdy wcześniej nie był bliższy pożegnania się ze swoim gabinetem na rogu Smolenskin i ulicy Balfoura w Jerozolimie.

Bibi czy Bużi? Fot. Twitter

Bibi czy Bużi? Fot. Twitter

To on i Liberman przepchnęli podniesienie progu wyborczego z 2 do 3,25 proc. Tym ruchem chcieli wyciąć partie arabskie z Knessetu, które ledwie przechodziły przez stary próg, ale zamiast pogrzebać ich szanse wyborcze, nieoczekiwanie dodali im wiatru w żagle. Cztery arabskie partie zjednoczyły się pod wspólnym szyldem i dziś mają szansę być trzecią siłą w parlamencie z 13-15 mandatami. Lider Listy Arabskiej 41-letni prawnik z Hajfy Ajman Odeh wyrasta na prawdziwego przywódcę izraelskich Arabów. Jeśli uda mu się utrzymać sojusz także po wyborach (to może być trudne, ponieważ w tym małżeństwie z rozsądku są i komuniści, i nacjonaliści, i partia islamska…), to może stać się realną siłą, języczkiem u wagi w debacie, zwłaszcza jeśli Netanjahu przestanie być premierem i być może pojawi się szansa na wznowienie rozmów z Palestyńczykami.

To, co może pomóc Arabom, może być ostatecznym ciosem dla Awigdora Libermana, który walczy o życie w polityce (ostatnie sondaże dawały mu jakieś 5 mandatów, więc istnieje ryzyko, że w ogóle nie znajdzie się w Knessecie). Rozpadły się jego sojusz z Likudem, Israel Bejtenu (Nasz Dom Izrael), nacjonalistyczna partia rosyjskich olim może okazać się największym przegranym tych wyborów.

Wracając jednak do Netanjahu – jego głównym rywalem w tych wyborach jest Isaak Hercog (Bużi), syn byłego prezydenta i wnuk byłego naczelnego rabina Izraela. Może nie tak charyzmatyczny jak Bibi, ale jednak o 10 lat młodszy i bez bagażu premierostwa.

Hercog, szef Partii Pracy, wraz z Cipi Livni idą pod szyldem Obozu Syjonistycznego. Ostatnie przedwyborcze sondaże dawały im ok. 25 mandatów i zwycięstwo wyborcze. Tyle że jeśli nawet zdobędą te mandaty i wygrają wybory, nie jest oczywiste, że to Hercog będzie premierem. W Izraelu prezydent nominuje na premiera tego polityka, który ma realną szansę utworzyć koalicję, co nie musi oznaczać, że to ten sam, który wygrał wybory. Z arytmetyki politycznej wynika, że jeśli sondaże się nie mylą i Likud Netanjahu zdobędzie nawet o kilka mandatów mniej niż Obóz, to wciąż ma większą zdolność zbudowania koalicji (może liczyć na ortodoksów z partii Szas, na nacjonalistyczny Ha-bajt Ha-jehudi, czyli Dom Żydów Naftalego Bennetta, którego głównym celem jest zero ustępstw na rzecz Arabów i aneksja większości Zachodniego Brzegu. To Bennett może odebrać Netanjahu i Libermanowi najwięcej głosów).

Języczkiem u wagi będzie pewnie partia Mosze Kahlona Kulanu (My wszyscy), byłego członka Likudu, który dziś pozuje na rodzaj Netanjahu 2.0. To właśnie wynik partii Kahlona może zdecydować, kto ostatecznie będzie premierem (niewykluczone, że może być częścią układanki rządowej zarówno z Likudem, jak i Obozem Syjonistycznym).

Sam Netanjahu popełnił wszystkie możliwe błędy, a może po prostu stracił swój czas w polityce? Przy okazji wzrok i słuch polityczny? Bo jak wytłumaczyć, że kompletnie zignorował najważniejsze dla Izraelczyków sprawy, jakimi są wysokie koszty utrzymania i ceny mieszkań. Akurat ta kwestia była mocnym punktem kampanii Hercoga. To właśnie na tej fali w zeszłych wyborach wyniosła centrową Jesz Atid (Jest Przyszłość) Jaira Lapida, dziś być może jednego z koalicjantów Hercoga. Odejście Lapida i Liwni z rządu Netanjahu zapoczątkowało tak naprawdę jego upadek).

Netanjahu zajął się tym, co – jak sądził – wychodzi mu najlepiej i to, czego oczekują Izraelczycy: straszeniem Iranem, Hamasem i Państwem Islamskim. W efekcie za wojnę z Obamą dostał zimny prysznic od izraelskich elit i prasy. Cieniem w jego kampanii była też seria afer (prasa rozpisywała się o wydatkach z państwowej kasy na utrzymanie prywatnych rezydencji i włożeniu do własnej kieszeni pieniędzy z kaucji za butelki po alkoholu). W końcówce kampanii próbował jeszcze ratować się mocnym oświadczeniem, że dopóki on będzie premierem, nie powstanie żadne państwo palestyńskie, ale to już pewnie nie zmieni wyniku tych wyborów. Nie przywróci wiary w strongmana Bibiego. Skoro miał aż sześć lat na zmiany i tego nie zrobił, to dlaczego miałby zrobić teraz?

A zatem: Bibi czy Bużi? Dziś wszystko jest możliwe. Finisz kampanii był dramatyczny, w Likudzie ponoć w ostatnich chwilach rozsyłano dramatyczne SMS-y do sympatyków z prośbą o każdy głos. Pojawił się zapach krwi, ale nie musi to oznaczać zupełnego końca Netanjahu. Na pewno będzie oznaczać spore osłabienie, bo jednak trochę krwi (mandatów) Likudowi odpłynie.

Co zatem dla Izraela może oznaczać zwycięstwo jednego czy drugiego kandydata? Jeśli wygra Bibi, prawdopodobnie w polityce Izraela niewiele się zmieni (ani w polityce międzynarodowej, ani wobec najbliższych sąsiadów). Nie będzie żadnych rozmów pokojowych, nie będzie wstrzymania ekspansji osadników na Zachodnim Brzegu. Jeśli jednak Netanjahu chce myśleć o reelekcji w kolejnych wyborach, będzie musiał zmierzyć się tym, z czym borykają się zwykli Izraelczycy. To zresztą będzie dotyczyć każdego premiera, bez względu na logo.

A jeśli dziś Izraelczycy zdecydują, że nowym lokatorem przy Smolenskin 9 będzie jednak Hercog? Możemy spodziewać się próby nawiązania rozmów z Palestyńczykami (choć ta kwestia nie była główną w kampanii, Hercog zobowiązał się, że podejmie tę próbę), możemy spodziewać się reform społecznych i gospodarczych, których celem będzie przyniesienie ulgi Izraelczykom, na pewno uda się naprawić stosunki z Białym Domem na końcówkę kadencji Obamy.

To jak będzie? Bużi czy Bibi?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. Bibi Milijkowski + Żydzi z dawnego Sojuza = sukces . Od lat Żydzi z Rosji są języczkiem uwagi w czasie wyborów i przesądzają o wygranej danego projektu .

  2. Dowiemy się o 22 kto będzie „nowym” premierem Izrael .

  3. Racja, Baruch!

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Z fascynacją obserwuję Pani wnikliwe komentarze, które wreszcie pozwalają człowiekowi zrozumieć ten dziwny kraj. Największą zasługą tego blogu jest stworzenie rzetelnego forum dyskusyjnego dla neonzistów. Ostatecznie to dla nich jednak niebywała gratka mieć forum przy „Polityce”. Wracając jednak do izraelskiej sceny. Tak, ma Pani rację ordynacja jest ważna. Klejenie koalicji z partii kanapowych nie daje szans na stworzenie skutecznego rządu. Myśmy uczyli się tego bardzo powoli i nigdy nie nauczyliśmy się. Na szczęście sami wyborcy znudzili się kolejnymi mężusiami stanu, a pięcioprocentowy próg zaczął być skuteczny mimo szaleńczej klauzuli dającej drugą szansę oszukania progu koalicjom przedwyborczym.
    Izraelska ordynacja wyborcza jest obłąkana i aż dziw, że do dziś nie rozwaliła demokracji. Fakt podniesienie progu wraz z bajońskimi pieniędzmi od wujka Obamy spowodowało uzyskanie większej liczby mandatów przez partie arabskie. To ciekawe i może mieć zarówno pozytywne jak i negatywne efekty. Jeśli wierzyć palestyńskim Arabom mniej zakochanym w tych posłach i posłankach do Knessetu, którzy deklarują wolę likwidacji państwa Izrael, może to oznaczać ciekawe zróżnicowanie politycznego przedstawicielstwa mniejszości arabskiej. Na dziś to spekulacje, które pewnie Panią nie kuszą, bo wymagałoby to wysiłku spojrzenia na całe spektrum postaw wśród arabskiej społeczności Izraela.
    Jeśli idzie o tego strasznego Netanjahu, to jestem pełen podziwu, dla tego zniuansowanego obrazu, który raczyła Pani nakreślić. Oczywiście nie zadaje Pani centralnego pytania, co skłoniło społeczeństwo izraelskie do ponownego wyboru dotychczasowego premiera. No tak, pisała Pani przed wyborami, w głębokim przekonaniu, że ludzie głosują w zależności od samej kampanii, bo żadnego rozeznania nie mają i dają sobą kręcić. (Gdyby tak było, to specjalny wysłannik wujka Obamy, który kreował jego wizerunek podczas kampanii w Stanach, powinien zrobić wodę z mózgów izraelskich wyborców, a coś na to nie wygląda. Co gorsza cała akcja może spowodować pewne kłopoty w Stanach, bo okazuje się, że lokując fundusze w izraelskich wyborach administracja Obamy naruszyła amerykańskie prawo podatkowe.) Nie można wykluczyć, że wyborcy izraelscy zakpili sobie z robiących sondaże socjologów, wprowadzając przy okazje i Panią w błąd, chociaż to ostatnie zapewne nie było ich głównym zamiarem. Poważniejsze jest pytanie o ocenę partii i kandydatów. Kwestia bezpieczeństwa mogła tu odgrywać jakąś rolę, nie sądzi Pani? Mogę być w błędzie, ale ci wyborcy mogli coś słyszeć, co mogło do Pani nie dotrzeć. Na przykład wypowiedzi przywódców Hamasu. Ciekawą sprawą były np. reakcje kierownictwa Hamasu na oczekiwania Zachodu przedstawione przez Tony Blaira. Były brytyjski premier płonął z ciekawości, czy Hamas jest “palestyńskim ruchem nacjonalistycznym, oddanym sprawie osiągnięcia państwa palestyńskiego, czy też częścią szerszego ruchu islamistycznego z planami regionalnymi, które mają wpływ na rządy poza Gazą” (tj. Bractwa Muzułmańskiego).
    Może ktoś pomyśleć, że odpowiedź była nie całkiem precyzyjna, ale zawsze dla wyborców w Izraelu mogła być ciekawa. Przedstawiciele Hamasu odrzucili żądania Blaira, które widzieli jako warunki wstępne odbudowy Gazy, i powiedzieli, że ruch nie wyrzeknie się swoich zasad. Tak, na przykład, przedstawiciel Hamasu Mohmoud Al-Zahhar powiedział witrynie internetowej związanej z Palestyńskim Islamskim Dżihadem, że Blair zajmuje stanowisko Izraela i że Hamas odrzuca takie warunki, szczególnie zaakceptowanie rozwiązania w postaci dwóch państw i zakończenie konfliktu: „Hamas i frakcje oporu nie wyrzekną się zasad w celu rozwiązania codziennych problemów, które nękają Gazańczyków. Nie możemy zaakceptować warunków Blaira, ponieważ są one niebezpieczne dla sprawy palestyńskiej. Każdy odłam palestyński, który zaakceptuje przesłanie i warunki Blaira, włącznie z Hamasem, popełni poważny błąd i zbrodnię historyczną, której nigdy nie można wybaczyć… Jesteśmy gotowi na państwo w granicach 1967 r., ale nie uznamy ani Izraela, ani jego prawa własności ani jednego centymetra Palestyny. Uczynienie odbudowy Gazy zależnym od zakończenia konfliktu jest tanim targowaniem się, które jest nie do przyjęcia dla Hamasu, i Hamas nie ma alternatywy w tej sprawie”.
    Czy nie sądzi Pani, że takie informacje (a jest ich wiele, z kręgów
    Abbasa również) mogły skłonić niektórych wyborców do innego spojrzenia na Netanjahu niż Pani im to proponowała? No tak, nie należy się spodziewać jakiejś odpowiedzi od Pani. Tu jest miejsce przede wszystkim dla prezentacji poglądów dziedziców starej tradycji, która dziś przyjmuje postać niecierpliwego oczekiwania na kolejny Holocaust.

  6. @Koraszewski

    Celna analiza, proponuje wspolprace z „Poltyka” 🙂

  7. Nie lubię Natanjahu i raczej nie zgadzam się z jego polityką. Szczególnie ostatnie dwa, trzy lata zajmował się bardziej straszeniem niż poważnymi problemami ekonomicznymi Izraela. Myślę jednak, że Gospodyni myli się w uzależnianiu rozmów pokojowych od Natanjahu czy jakiekolwiek innego premiera Izraela. Do rozmów dojdzie gdy tego zechcą , lub zostaną zmuszeni Arabowie a nie Żydzi. Żydzi już nieraz proponowali wszystko czego Palestyńczycy żądali oprócz prawa powrotu. Nie będę przytaczać tu historii rozmów od czasów Begina (prawica) i Sadata poprzez Rabina (lewica) i Arafata, propozycji Baraka (lewica) i Olmerta (centro-prawica), wystarczy kilka kliknięć i dobrej woli żeby ją poznać. Ograniczę się do konkluzji: do rozmów dojdzie gdy Arabowie tego zechcą lub gdy obecna sytuacja przestanie się materialnie opłacać ich władzy.
    P. S.
    W redakcyjnym artykule nt wyborów, zapewne przypadkowo (?) popełniono niewielki błąd, który został przeze mnie wytknięty.

  8. „Jesteśmy gotowi na państwo w granicach 1967 r.”

    Nie jestem mocny z historii ani geografii Bliskiego Wschodu, więc pytam, czy przywódcy Hamasu chodzi o wariant, w którym państwo Hamasu tworzy się na terytorium obecnego Izraela, Gaza wraca do Egiptu, a Zachodni Brzeg do Jordanii? Bo chyba tak wyglądały granice w 1967?

  9. @Sheli – Politycy nie służą do lubienia (lubimy taką czy inną kawę, ten, a nie inny gatunek sernika itp.). Jeśli idzie o premiera Netanjahu i gospodarkę, to pytanie jest proste – o ile wzrósł dochód narodowy w ostatnich latach? Z 16 tysięcy dolarów na blisko 40? Przy dwóch wojnach w Gazie? No faktycznie, nieprawdopodobnie nieudolny rząd, a jaki jest poziom bezrobocia? Jak wygląda spadek bezrobocia wśród najbardziej narażonej ludności arabskiej?
    Słuchając zrozpaczonej Autorki tej „informacji” o sytuacji w Izraelu nie zauważam, żeby wiedziała kto odmawia rządu jedności (świadomie okłamuje, czy tylko informuje o tym o czym nie ma pojęcia)? A straszenie? 26 lutego przywódca Iranu powiedział: „Jest konieczne utrzymywanie przy życiu nazwisk męczenników i kultury męczeństwa. To jest jedna z podstawowych potrzeb kraju. Kultura męczeństwa jest kulturą poświęcenia na rzecz długoterminowych celów – celów podzielanych przez cały naród i przez całą ludzkość. Ta kultura jest dokładną odwrotnością indywidualistycznej kultury Zachodu, która mierzy wszystko według jednostki i względów materialnych. Jeśli kultura poświęcenia i męczeństwa szerzy się w społeczeństwie, to społeczeństwo będzie szło do przodu i nigdy się nie zatrzyma ani nie cofnie”. Tego samego dnia jego przedstawiciel w siłach Kuds powiedział: Republika Islamska Iranu nie wygłasza sloganów; podejmuje działania. Republika Islamska oznajmiła: ‘Pomścimy zabicie męczennika Allahdadiego’. Hezbollah oznajmił: ‘Pomścimy zabicie naszych sześciu zamęczonych dowódców’. Nie trwało to długo. Jutro będzie 40 dni od ich śmierci, ale tylko 20 dni od kiedy Hezbollah uderzył w dwa izraelskie okręty, zniszczył dziewięć izraelskich pojazdów i zabił 17 izraelskich żołnierzy [sic]. Powiedziałem: ‘Nie sądźcie, że zrobiliśmy to, by pomścić Allahdadiego i sześciu męczenników, bo to jest dopiero początek drogi i spowodujemy bezsenność reżimu syjonistycznego”. Czy są to tylko słowa. Pani Zagner nic nie słyszała o arsenale Hamasu ani Hezbollahu, ona wie że to wszystko strachy na .. wróble. Można i tak, ale nie nazywajmy tego dziennikarstwem.

  10. Dzisiejszy zamach terrorystyczny w Tunezji, w którym zginęli także Polacy, jest przecież bezpośrednim rezultatem pozwolenia na założenie państwa żydowskiego w Palestynie, jako że jego założenie naruszyło równowagę polityczną nie tylko na całym Bliskim Wschodzie, ale także w Afryce Północnej, a więc też i w Tunezji. Niestety, ale jak to już nie raz pisałem, obecnie problemem numer jeden jest na świecie nie jest żydowski Holocaust, a żydowski imperializm. Wybory w Izraelu wygrali przecież znów tamtejsi rasiści, a to oznacza, że nie będzie szybko (a może i nigdy) pokoju na Bliskim Wschodzie, a co za tym idzie na świecie i że na skutek polityki popierania Izraela przez Zachód, ginąć będą także Polacy. 🙁

css.php